zapełniona uśmiechami, słowami, smakami i rozmowami.
niezamknięta, niegotowa do wyjazdu, jednak kropka została napisana - nie przecinek, nie pytajnik, tylko właśnie ona, jedna, mała kropka.
czarny, groźny punkt, który zabiera uśmiechy i lekkość bytu.
znów trzeba podnieść wyżej głowę
nie będzie tylko dookoła tych znanych twarzy // cyferki wygrały z ludźmi.
dobrze, że mogę liczyć dni i unieść się pod Kazbegi.
wziąć głęboki oddech zimnego powietrza i wrócić odnowiona.
restauracja starego zabytku jest niezbędna do dalszego trwania polisy ubezpieczeniowej.
obecny stan nie pozwala na w pełni wydajne myślenie.
trzeba znów się zmrozić.
ten kwiecień, niech wymaże swojego zeszłorocznego poprzednika, pozostawił dźwięczny niesmak. niech mnie uwolni od tej smyczy, kagańca czy cokolwiek to jest.
tytuł zapisany prawie dwa miesiące temu, potem ani słowa. ciche, albo krzyczące milczenie. sama nie wiem, co to było. czas małych/dużych zmian i doprowadzenie do kolejnej stagnacji. jest inaczej, lecz już znów spokojnie. wbijam się w rytm.
bateria jest nowa, ale brakuje jej dopalacza.
mimo, że nie zapadłam w zimowy letarg, było to i to i to regularnie, to jakby moc została gdzieś obok. wszystko jest takie bez emocji, bez wewnętrznego przekonania, że to jest to.
wątpliwości samosiejki.
daj mi zastrzyk z adrenaliny.
niech się przestraszę widoku krwi, niech coś się stanie. strach, odwaga, mozaika, kształty, ciała i języki. szklanki i butelki. plecak i wygodne buty. dwa koła i dwie nogi.
Halo życie, daję Ci wybór -
styl dowolny
zrób coś ze mną Ty, skoro ja zakopałam się w skorupie. Jest mi aktywnie wygodnie, nie jestem bierna, mimo, że oddaje meble za wina nie pijam w ciągu dnia, nie chodzę w szlafroku i nie mam depresji.
Standardowo patrzę wyżej i szerzej, jak chcę pobiec w półmaratonie, to POZnań mi nie wystarczy, marzy mi się jakiś Paryż, Barcelona, bo jak się męczyć i walczyć ze swoimi słabościami to chociaż z miłymi widokami, z "eifflą" przed oczami lub Gaudim po lewej i prawej stronie głowy.
jestem tak dziwnie pobudzona, zbyt spokojna, zbyt wyciszona, zbyt głośno wrzeszcząca,
wszystko zbyt-eczne.
oddam zbyt w dobre ręce.
daj mi niedosyt.
składam się jak meble z ikei, z miliona śrubek, jednym kluczykiem i instrukcją obsługi. jestem skandynawsko zimna i kurewsko plastyczna.
w życiu są takie skrajności, że masz możliwości, ale brakuje ci siły i odwrotnie.
jak myślisz, że już umiesz liczyć to będziesz i umiał alfabet. nic bardziej mylnego.
siła tkwi w mięśniach. pozornie. więcej jej jest w głowie.
jeśli przekonasz twoją głowę, żeby wyłączyła się i oddała stery ciału osiągniesz wszystko.
przebiegniesz 5 potem 10 km i zobaczysz, że możesz.
w momencie kiedy oddaje władzę ciału nie myślę o niczym. koncentruję się na każdym ruchu, oddechu. mówią, że sportowcy to idioci, którzy nie mieli lepszego pomysłu na życie. sport to świadomość własnego ciała, której my, wszyscy niesportowcy zaczynamy się uczyć za późno. zaczynamy biegać, bo wszyscy biegają, już nikt nie chce grać w szachy bo chodzą "na trening".
a ja walczę przekonaniem, że nie dam rady. za każdym razem muszę dalej, szybciej, znów się ścigam ze sobą. chcę zjednania ducha z ciałem. słowo ciałem się stało.
szukam wybijającego rytmu, który mnie poprowadzi do celu. cel jest daleko i wysoko.
siłę mierzy się w niutonach. jest to miara oddziaływań między ciałami, przyspieszenie, naciski...
a ja mierzę siłę w drodze między sobą i swoją głową, którą systematycznie aktualizuję. steruję. włączam i wyłączam. są dni, w której nie daje jej chwili wytchnienia, a czasem i ona zasługuje na odpoczynek. wtedy siła przejmuje stery. całe szczęście, że dobrze wszystko zostało wyliczone i wzór przekształcono prawidłowo.
dziś w ten blue monday pakuję życie. wciskam delete. już nie będziesz.
ctl+alt+del ...
ale to chyba sobie wymyśliłam. "coś" w gardle. wiecie co, guz oczywiście. a mając prywatną opiekę medyczną idę się rozprawić z moim guzem, z tym guzem w głowie, bo w gardle jak się okazuje nie ma go! a i w głowie wyimaginowany...
-Dzień dobry pani Moniko.
-Dzień dobry.
- Jak pani mogę pomóc?
- Hm. Czuję coś dziwnego w gardle.
- Ale co dokładnie? Niech pani przybliży te sytuację. (a dodam, że lekarz był przesympatycznym facetem ok. 50tki)
- Zaczęło się, że siedziałam w pracy, akurat miałam urodziny i poczułam dziwne uczucie w gardle.
- Ha. A co doktor google na to powiedział?
- Jeszcze nic, najpierw przychodzę do pana, potem do niego. Ale za to dr House powiedział, że to guz....
- Zobaczmy...
Następuje badanie, otwieramy usta, mówimy aaaa, odruch prawie wymiotny...
- O jaaaaki wielki...język. Pani Moniko - trochę już jestem lekarzem i oprócz blizn "jakby grabiami wycięli Pani migdały" to nic innego tam nie widzę. Nie umrze Pani ani dziś, ani jutro, na guza oczywiście.
- To dziękuję i miłego popołudnia.
czy jestem przewrażliwiona na swoim punkcie? zdecydowanie tak. jestem egoistką. stawiam siebie na pierwszym miejscu. nie odpuszczam, nie mogę zwolnić nawet na chwilę. jeśli pozornie nie robię nic, to i tak w głowie układam plan na życie idealne, albo myślę, kiedy znajdę czas na bezkarne, bezwarunkowe nicnierobienie, bo to teraźniejsze wyskakuje ad hoc i to ktoś/coś musi mnie postawić w takiej sytuacji.
lubię to, że nauczyłam się siebie i zaakceptowałam nieprzewidywalny scenariusz. jeśli nie wychodzi a, to uznaję, że tak miało być i odnajduję plusy w b. jestem optymistką. w całym planie kocham bezplan. myślę i robię, nie czekam.
potrzebuję jeszcze więcej adrenaliny i śmiałości, odwagi do robienia pierwszych kroków.
boję się siebie, gdy myśli w głowie milczą, nie wiem co wtedy szykują, nie wiem, czego mogę się po nich spodziewać, a tak zawsze sobie szepniemy czułe słówka, albo pokłócimy się. choć już raczej się nie drażnimy, bo jeśli one zaczynają to ja odpuszczam, jeśli pojawiają się wątpliwości to chujowo wychodzi.
akcja-reakcja.
słabo śpię. mam dziwne sny.
jakby to było, jakbym wyzbyła się mojej świadomości i wyśrubowanego alter ego. nie ścigałabym się nieustannie, ze sobą, ze światem, z jutrem...
jestem gadżeciarą, przyznaję się.kupuję największe pierścionki jakie zobaczę, i ...
"Pewnego dnia zrozumie pan, że we wszystko można uwierzyć. I zrozumie pan ku swemu ubolewaniu, że nie jest to kwestia inteligencji ani wyobraźni, a tylko kwestia czasu."
"Marzenia się nie spełniają. Marzenia trzeba spełniać."
"W ciszy człowiek dokładniej chwyta wszystkie warianty własnych rozterek i niepokojów. Trudniej mu podjąć decyzję i to, co uważał już za rozstrzygnięte, znowu zaczyna rozmieniać na drobne."
ułożę sobie algorytm na życie, na wykonanie kolejnych czynności, potem obliczę go i będę zaspokojona.
prędzej ułożę równanie z co najmniej dwoma niewiadomymi, x i y. albo może nierówność?
tylko jak znajdę wzór?
tak myślę, że jeśli zdarza się jedna rzecz, ona jest jednocześnie początkiem i końcem. nic nie zdarza się bez przyczyny, zaczynam w to wierzyć. staram się -nie może nie, że się staram, ale już na tyle dorosłam, że akceptuje pewne rzeczy takimi, jakie są i zdaję sobie sprawę, że są to kamienie, których nie przeskoczę. kłody, nie do przeniesienia, coś niezależnego ode mnie. to co mogę i chcę staram się zmieniać.
odnalezienie sensu pośród codzienności, zwykłości wydaje mi się receptą, lekiem na całe zło. mam cele i marzenia, jednak nie mogę ominąć drogi, którą muszę przejść. nie mogę żyć tylko "będzie"; zestawiam było, jest i będzie w jedno.
widzę słońce w zaciemnionej rzeczywistości, w oddali i słyszę - nie jesteś typowym Polakiem, który widzi bliskie zachmurzenie, lecz dalekie słońce; tak czasem mam, ale to nie jest utopijne szukanie promyka, to jest patrzenie z innej strony rzeczywistości.
jeśli ci źle, kup globus i obróć swój świat, zrób krok, nie musi być do przodu, ale zrób go. tylko się nie poślizgnij. jeśli ci się zdarzy, to wstań szybko, żeby nie przemoknąć.
nie wierzę, że ktoś czuje tak jak ja. podobnie owszem.
nie oczekuję tych samych reakcji.
zauważam, że moje postawy i rzeczy dla mnie tak normalne, oczywiste, rutynowe usypiają moją czujność.
przestaję szerokątnie patrzeć na otoczenie i czyny.
nie pamiętam kiedy w moim mieście miałam podobny stan, jak teraz. idę nocą i tylko, gdy czuję kogoś za mną spinam wszystkie mięśnie ciała, żołądek ściska się sam, a ja bezwolnie poddaję się stresowi. nie lubię takich sytuacji. nie znam powodu, jednak jest skutek.
staram się patrząc w lustro nie ukrywać twarzy. staram się ludzi traktować jak sama chcę być traktowana. tylko kiedy ja upadnę będę liczyła na pomoc. to podejście sprawia, że nie będę się spodziewać się ataku pomagając komuś. przegrywam od razu. zaskoczenie.
w momencie, gdy przyzwyczajamy się do czynności przestajemy zauważać ich wyjątkowość, absorbujemy to jako swoje, przestajemy myśleć, że ktoś ma inaczej. nie umiera w nas akceptacja, jednak włączamy ją na stand by.
dziś nie chcę się bać wracając z kina. nie chcę przechodzić na druga stronę widząc wielkiego koksa. nie chcę się bać skorzystać z sauny. świat napiera niczym tłum w autobusie nocnym, dusi moją klatkę piersiową i wyzywa na pojedynek. czy boję się legendy, czy tak naprawdę siebie?
zauważyłam, że bis wyzwala o wiele bardziej pozytywną energię. myślę, że koncerty powinny być skrócone o połowę. potem oklaski jako znak, że już napięcie i stres opada. inne emocje płyną ze sceny, momentalnie czuć luz i swobodę.
jakby życie odmierzono nam limitem. i potem wiesz, że grasz bis. coś, co wychodzi ci najlepiej. bez stresu, że się nie powiedzie, że się pomylisz, wybierzesz nie tę drogę. ile zaoszczędzilibyśmy myśli i godzin na nie przeznaczanych; napinania mięśni i ściskania w żołądku.